Rozdział 1
Hej, Aniołku (cz.1)
Darrin Holliday nie żył.
Mike Haines siedział w tylnym
rzędzie w dużej sali Domu Pogrzebowego Markham and Sons, wpatrując się w
otwartą trumnę z przodu pomieszczenia.
Dziesięć minut temu poszedł tam,
wypełnił swój obowiązek, spojrzał z góry na martwego mężczyznę, po czym krótko
porozmawiał z żoną. Następnie uściskał swoją byłą dziewczynę z liceum, siostrę
Darrina, Debbie, i złożył kondolencje. Następnie podszedł do państwa Holliday,
musnął ustami policzek starszej kobiety i ścisnął dłoń starszego mężczyzny. A
potem uroczyście uścisnął dłonie dwóch synów Darrina, po czym przesunął się na
tył, by znaleźć swoje miejsce.
Patrząc
na trumnę, Mike pomyślał, że Darrin by tego cholernie nienawidził. Bycia na
wystawie. Mike był zaskoczony, że zrobiła to żona Darrina, Rhonda. Zwłaszcza że
jej dwaj chłopcy, Finley i Kirby, stali z przodu, blisko tego gówna. Ale łatwo
było zauważyć, że chociaż zmuszeni byli stać blisko, robili wszystko, co w ich
mocy, by jak najdalej odsunąć się od swojego zmarłego
czterdziestoczteroletniego taty, który był widoczny dla wszystkich w miasteczku.
I
wszyscy tam byli. Ludzie przyjechali nawet spoza miasta. Ludzie, z którymi Mike
chodził do liceum, których nie widział od lat. Przyjaciele rodziców Darrina,
którzy już dawno przeprowadzili się na Florydę lub Arizonę. Ludzie, którzy
mieszkali w miasteczku przez jakiś czas po ukończeniu szkoły średniej, a potem
przenieśli się do Chicago, Lexington lub Cincinnati w poszukiwaniu pracy, ale
wybrali się na wielogodzinną podróż do domu, by pożegnać przyjaciela, który
zmarł tak cholernie młodo.
To
dlatego, że Darrin Holliday był człowiekiem lubianym przez ludzi. Zawsze takim
był, od dzieciństwa. Dobry facet, dobry syn, dobry brat, dobry przyjaciel,
dobry piłkarz, który wyrósł na dobrego farmera i spokojnego człowieka oddanego
swojej żonie i rodzinie.
Atak
serca. Odgarniał śnieg i padał. Rhonda wyjrzała przez okno, zobaczyła go na
śniegu i wybiegła. Zadzwonił do niego jego najstarszy syn, Fin. Mike,
mieszkający o rzut kamieniem dalej, był po służbie, ale i tak odebrał telefon.
Wyszedł tylnymi drzwiami, przebiegł przez podwórko, przez tylną bramę i przez
pole do ich domu. Następnie przeprowadził resuscytację krążeniowo-oddechową,
podczas gdy Rhonda klęczała na śniegu obok męża, szlochając, kiedy jej ręce
przesuwały się po ramionach męża, jego twarzy i włosach. To był pieprzony ból w
dupie, aby przeprowadzać resuscytację krążeniowo-oddechową z Rhondą będącą w
taki sposób przy Darrin’ie, ale nie powiedział ani słowa. To dlatego, że Darrin
nie żył, zanim przybył. Nic nie mógł zrobić.
Kiedy
sanitariusze przybyli pięć minut później, Mike zrobił wszystko, co w jego mocy,
aby trzymać Rhondę, Finleya i Kirby’ego od nich z dala. Fin i Kirb zamarli i
byli łatwi do opanowania. Rhonda histeryzowała, była niemożliwa do opanowania,
więc starał się jej nie skrzywdzić, kiedy ją powstrzymywał. Potem trzymał ją,
gdy, szlochając, upadła w jego ramiona.
Zrozumiałe,
ale kurwa, nienawidził tego gówna. Jako policjant w małym miasteczku nie
widywał tego często, ale widział to częściej niż ktokolwiek inny. I nigdy się
do tego nie przyzwyczaił. Powiedzieli mu, że to się przyzwyczai, ale tego nie
zrobił.
Stało
się tak, ponieważ nie można było się przyzwyczaić do bycia świadkiem straty.
Policjant miał dwie możliwości. Nauczyć się to zakopywać lub używać oparzeń,
które powodowały, że stajesz się lepszym gliną, co było jedynym sposobem, aby w
końcu odpuścić. Albo po prostu schowaj to, niech się ropieje, staniesz się
zgorzkniały i sprawi, że staniesz się cynicznym mądralińskim do tego stopnia,
że nic by cię nie zaskoczyło. Mike znał kilku cynicznych, mądralińskich
policjantów i byli oni gówniani w swojej pracy, ponieważ nie dbali o ludzi,
których chronili i którym służyli. Nie obchodziło ich nic poza otrzymywaniem
wypłaty. Więc nauczył się używać oparzenia.
To,
czego doświadczył tego dnia z Rhondą, Finleyem i Kirbym, było gorsze. Miał to
nie raz w swojej karierze. Nie było wytłumaczenia śmierci człowieka w kwiecie
wieku. Mike nie miał kogo szukać. Nikogo nie można winić. Nikogo, kto by
zapłacił. Nie było sprawiedliwości. Tylko człowiek umierający na śniegu
dwanaście dni po Bożym Narodzeniu i tyle.
Mike
zobaczył, jak George Markham, właściciel domu pogrzebowego, podchodził do
Rhondy i Mike, jak wszyscy w pokoju, wiedział, że nadszedł czas. Pastor Knox
zbliżał się do podium. Ludzie zaczęli krążyć po sali, zajmując miejsca. George
przyniósł dodatkowe miejsca do siedzenia, a pod ścianami wciąż byli ludzie.
Darrin
był lubiany, ale był też młody. Większość mieszkańców przyszła tylko z
ciekawości. To było popieprzone, ale tak też postępowali ludzie. Fascynowała
ich śmierć. Podobnie jak smutek. Mike nigdy nie rozumiał tego gówna, ale
większość ludzi nie miała jego pracy. Żył wśród śmierci i żalu nawet w małym
miasteczku. Tak więc, w przeciwieństwie do tego dnia, kiedy mógł, z radością
tego unikał.
Kiedy
ludzie się usadowili, jego oczy przeskanowały salę. Colt i Feb tam byli, podobnie
jak Tanner i Raquel. Colt stał pod ścianą obok Tannera, ponieważ oddali miejsca
dwóm starszym paniom. Ich żony, Feb i Rocky, siedziały obok siebie i blisko
mężów. Colt i Feb mieli małego syna, o którym Mike wiedział, ponieważ pracował
z Coltem na komisariacie, że był pod opieką Violet Callahan. Vi nie znała
Darrina, a jej mąż Cal, który znał, był poza miastem. Cal i Vi mieli własne
dziecko, małą dziewczynkę, więc Mike wiedział, że tego dnia ręce Vi były pełne.
George
zajął podium i rozpoczął spotkanie, mówiąc kilka słów, a następnie
przedstawiając pastora Knoxa. Słuchając tego, Mike kontynuował skanowanie sali.
Wiedział,
że szukał jej.
Ale
już jej szukał, a jej tam nie było.
To
go zaskoczyło i wkurzyło. Nie trochę, bardzo.
Rozumiał
swoją pierwszą reakcję. Kochała swojego brata, zawsze go kochała, nawet kiedy
wypadła z torów. Słyszał, że wracała do miasta, nie często, ale okazjonalnie.
Boże Narodzenie. Święto Dziękczynienia. Urodziny jej siostrzeńców. Ślub Darrina
i Rhondy, na który Mike został zaproszony, ale, z powodów, których już nie
pamiętał, musiał go przegapić. Ale nigdy jej nie widział. Od dwudziestu lat.
Wyjechała latem po maturze. Był na jej przyjęciu, zaniósł nawet prezent, ale
ona nawet na niego nie spojrzała.
Nie
mógł uwierzyć, że nie wróci po Darrina.
To
go wkurzyło.
Oczywiście
się nie zmieniła.
Cóż,
kiedyś miała. Wielka popieprzona zmiana, która przemienia ją ze słodkiej,
przezabawnej, przedwcześnie rozwiniętej młodej kobiety w nastrojową,
sprawiającą kłopoty z nastolatkowym bólem tyłka. Przeszła od stokrotek i tęczy
do Grunge, ale zrobiła to ze zbyt dużym makijażem, dąsaniem się i nastoletnimi
bzdurami typu „świat mnie nie rozumie”.
Nikt
tego nie rozumiał. Darrin był tym zaniepokojony. Debbie była wkurzona. A ich rodzice
byli tym zaskoczeni.
Mike
był w nastroju Darrina. Kochał tego dzieciaka. Jedną z najlepszych części chodzenia
do domu Debbie było spotykanie się z nią. Była cholernie przezabawna i tak
cholernie słodka. Kochała swoich rodziców, kochała swojego brata i tolerowała
Debbie, która zawsze myślała, że jej młodsza siostra jest wrzodem na tyłku,
zanim jeszcze nim została.
Kochała
też Mike’a i nie bała się pokazywać mu tego, tak jak nikomu innemu. Debbie była
od niego o dwa lata młodsza, jej młodsza siostra o trzy lata młodsza od niej.
Oznaczało to, że kiedy Mike miał siedemnaście i osiemnaście lat i spotykał się
z jej siostrą, ona miała dwanaście i trzynaście lat, była cudowna, kochająca i
słodka jak diabli.
A
kiedy skończyła piętnaście lat, nie była żadną z tych rzeczy. Tak bardzo, że
Mike wyjechał na studia, a mimo to, wracając do domu, słyszał o tym wszystko.
Darrin
z nią rozmawiał. Debbie wrzasnęła na nią i uderzyła jej w twarz. Jej rodzice
mieli ciche słowa. A Darrin nawet poprosił Mike'a, żeby z nią porozmawiał.
Darrin wiedział, że jego młodsza siostra uwielbia Mike'a. To nie była
tajemnica. I miał nadzieję, że tam, gdzie wszyscy zawiedli, Mike wykorzysta
specjalną więź, którą zawsze z nim łączyła, by się przebić.
A
ponieważ łączyła ich więź, czuł ją i nigdy jej nie stracił, poświęcił czas,
żeby ją znaleźć i porozmawiać. To była wielka porażka, głównie dlatego, że on traktował
ją delikatnie i otwarcie, a ona traktowała go jak nastoletnia suka. To było
tak, jakby nie była tą samą osobą. Zniknęło wszystko, co było nią, a na jego
miejscu była osoba, której nikt nie chciałby poznać.
Ich
konfrontacja miała miejsce ponad dwie dekady temu i Mike wciąż odczuwał z tego
powodu ból. W tym czasie przypomniał sobie, że był oszołomiony głębią swojej
reakcji. A teraz nadal czuł, jakby to się stało wczoraj.
Nie
rozumiał tego wtedy, nie rozumiał tego teraz.
Ale
z biegiem lat ból skręcał się i odwracał.
Czasami
sprawiało, że zamyślał się. Zastanawiał się, co stało za zmianą. Zastanawiał
się, czy coś jej się nie stało. Zastanawiał się, czy powinien był bardziej się
postarać. Czy wszyscy powinni.
Czasami
po prostu go to złościło.
W
tym momencie czuł złość, która manifestowała się, gdy siedział tam, wiedząc, że
nie pojawiła się na pogrzebie własnego brata. Jej brata, który jeździł z nią. Żartował
z nią, aż światło zabłysło w jej oczach, a jej uśmiech był tak duży, że
wyglądał, jakby miał otworzyć jej twarz. Pozwalał jej leżeć na sobie podczas
oglądania telewizji. Sadzał ją przed sobą na traktorze, kiedy pomagał ojcu na
polach. Zabierał ją do szkoły, a kiedy zaczęło się lato, wskakiwał do Frozen
Custard Stand Fulshama, aby zdobyć dla niej rożek, zanim wrócili do domu.
O,
tak, był zły.
Pastor
Knox zaczął mówić, a Mike przestał skanować i spojrzał na wielebnego. Mężczyzna
znał Darrina, tak jak wszyscy, a jego słowa były szczere. Z drugiej strony
pastor Knox był dobrym człowiekiem. Jego kościół niedawno doznał szokującego
ciosu, gdy przez pomyłkę zatrudnił pastora młodzieżowego, który był najgorszym
rodzajem oszusta, jaki istniał. Ale nawet gdy prywatnie radził sobie ze swoim
błędem w ocenie, jego siła charakteru była tak duża, że ukrył swój osobisty ból
i zdołał poprowadzić swoje stado z powrotem na mocny grunt. A Mike wiedział
dlaczego, słuchając, jak mówił o Darrin’ie. Jego smutek był oczywisty z powodu
straty Rhondy i jej rodziny, utraty społeczności, utraty członka zgromadzenia i
nie ukrywał tego.
Mike
wysłuchał przemyślanych słów Knoxa i patrzył na przejęcie podium przez Rona
Greena, najlepszego przyjaciela Darrina od czasów podstawówki, kiedy wyczuł
ruch. Spojrzał przez ramię i jego ciało znieruchomiało.
Była
tam, oparta o ścianę z tyłu, tuż za podwójnymi drzwiami.
Dusty.
Młodsza
siostra Darrina i Debbie.
Jezu,
znowu się zmieniła.
Całkowicie.
Żadnego
grunge’u. Bez ciężkiego makijażu. Bez ostrego wyrazu twarzy.
Miała
na sobie dopasowaną dżinsową marynarkę na czarnym dopasowanym golfie. Jej dolna
połowa była pokryta pełną czarną spódnicą, która opadała ciężko do kostek. Na
stopach miała czarne kowbojskie buty. Miała duży, ciekawy srebrno-turkusowy
naszyjnik, który wyraźnie kontrastował z czarnym golfem. Przy krawędzi
wygładzonego na biodrach golfa zwisał jej tkany pasek z czarnej skóry,
przymocowany do kości biodrowej srebrnym krążkiem wysadzanym turkusami. Czarne
skórzane pasemka opadały z dysku przy jej pasie w dół spódnicy prawie do kolan.
Miała długie srebrne obręcze z małymi turkusowymi kuleczkami w uszach.
Widział
więcej srebra wystającego spod marynarki na jej nadgarstkach, a także ogromny
turkusowo-srebrny pierścionek u nasady jednego z jej palców. Miała dużą, luźną
czarną zamszową torebkę ozdobioną frędzlami zwisającymi z jej ramienia. Jej
paznokcie były pokryte lakierem w kolorze wina. Jej w większości proste, ale
gęste blond włosy lśniły, zdrowe i bardzo długie, opadające w dół jej klatki
piersiowej na piersi. I miała makijaż, ale był subtelny.
Darrin
powiedział mu, że osiedliła się w małym miasteczku pod San Antonio i dzięki jej
wyglądowi zaabsorbowała kulturę. Wyglądała jak stylowa biała kowbojka
adoptowana przez rdzennych Amerykanów.
Darrin
również powiedział mu, nie ukrywając dumy, że dobrze sobie radziła. Coś
artystycznego, garncarstwo czy coś takiego. Darrin powiedział, że miała własną
galerię na River Walk w San Antonio, a także wystawiała swoje rzeczy w innych
miejscach w Teksasie, na południowym zachodzie i Górach Skalistych. Ekskluzywne
galerie, wszystkie na najwyższym poziomie. Powiedział też Mike’owi, że mieszkała
na ranczo i trzymała tam konie.
Mike
był zdziwiony, że, biorąc pod uwagę jej wygląd, Darrin nie kłamał ani nawet nie
przesadzał. Miała na sobie fortunę w srebrze i turkusie. Jej buty nie były byle
jakie. Jej włosy, chociaż były długie, były obcięte w gęste, atrakcyjne
warstwy, które pasowały do kształtu jej twarzy i długiej linii szyi, a Mike
wiedział, że to nie była to robota tandetna i prawdopodobnie kosztowała
fortunę. I wiedział, biorąc pod uwagę, że znał to lepiej niż większość mężczyzn
ze względu na skłonność jego byłej żony do robienia zakupów markowego gówna, że
jej ubrania były dobrej jakości.
Nosiła
wszystko dobrze: włosy, ubrania, biżuterię, makijaż. Wyraźnie czuła się
komfortowo w swoim stylu. Nie była wysoka ani niska, ale taka długa spódnica
zwykle pasowała do kobiet, które miały kilka cali więcej niż ona. Ale jakoś jej
to też pasowało.
Jego
oczy przeniosły się z jej ciała na jej twarz. Opierała się o ścianę i miała
pochyloną głowę, żeby patrzeć na swoje stopy. Ale nie patrzyła na nie, a
wiedział o tym, bo miała zamknięte oczy. Widział jej profil i początkowo
myślał, że jej twarz była pusta. Ale zauważył też, że jej skóra była blada. Jej
usta były miękkie i kiedy patrzył, zobaczył, jak jej małe, białe zęby wyłoniły
się i przygryzały pełną dolną wargę.
Kurwa,
mylił się. Nie była pusta. Czuła to. Cierpiała.
Uniosła
głowę, zęby opuściły wargę i otworzyła oczy.
Mike’owi
zawsze podobały się jej oczy. Oczy Debbie były niebieskie. Reszta rodziny Holliday
miała ciemnobrązowe, tak jak Mike. Kiedy Dusty była młodą dziewczyną, zawsze
zachowywało się w nich zdumiewające ciepło. Ciepło, które mogło powitać cię
spojrzeniem, sprawiając, że poczujesz się tak, jakby za tobą tęskniła, gdy cię
nie było i nie mogła się doczekać chwili twojego powrotu. Potrafiły też tańczyć
jak niczyje inne, jakie kiedykolwiek widział – z rozbawieniem, psotami, uwielbieniem.
Ale
nawet gdy widział jej twarz głównie z profilu, widział, że jej oczy nie tańczyły.
Nie było też w nich ciepła.
Nie
były zimne.
Były
zranione.
Tak.
Cierpiała. Bardzo.
Usłyszał,
jak Ron kończył i spojrzał przed siebie. Pastor Knox wrócił na podium, aby
wygłosić modlitwę, a Mike pochylił głowę wraz z resztą. Podniósł go, kiedy
pastor Knox wymamrotał: „Amen”.
George
Markham wszedł na podium, aby poinformować ich, że nabożeństwo się skończyło i
że przeniosą się na cmentarz, aby złożyć Darrina na spoczynek. Ludzie wstali ze
swoich miejsc, przesunęli się, przesunęli, a Mike również wstał, odwracając się
natychmiast w stronę Dusty.
Ale
kiedy to zrobił, jej już nie było.
*****
„Dziękuję
za przybycie, Mike”.
Stał
z Rhondą i Debbie na ganku tuż przed drzwiami do domu, a Rhonda żegnała się z
nim. W domu było tłoczno. Jadalnia i stoły kuchenne wraz z każdą powierzchnią w
części wspólnej pokryte były półmiskami z jedzeniem lub miskami z przekąskami.
Trzymał rękę Rhondy, ściskając ją i patrząc jej w oczy.
Wiedział,
że skończyli, przynajmniej na jakiś czas. Nie mogła na niego patrzeć, nie
widząc, jak pochylał się nad jej zmarłym mężem, próbując przywrócić mu bicie
serca. Może nigdy nie będzie w stanie na niego spojrzeć, nie pamiętając, czym
się dzielili.
Będzie
musiał jej unikać, dopóki nie da mu znać, że jest w porządku, a wiedział, że to
może się nigdy nie wydarzyć. Zdarzyło się to glinom, niezbyt często, ale tak
się działo. Jeśli dzieliłeś tragedię lub przekazałeś złe wieści – w małym
miasteczku trudno było uniknąć człowieka, który ci je przekazał. Ale robiłeś
wszystko, by było dobrze.
Nie
był z tego zadowolony z Rhondą. Darrin był przyjacielem, bez niego Rhonda, w
żadnych okolicznościach, prawdopodobnie nie ruszyłaby dalej. Przez żaden z ich
projektów, po prostu rozpłynęliby się bez wzajemnej stałej obecności. Lubił ją.
Była trochę płochliwa, trochę przewrażliwiona, ale była dobrą kobietą, a teraz
ona i jej chłopcy potrzebowali wszystkich przyjaciół, jakich mogli mieć.
Ale
to nie był jego wybór, więc westchnął, ścisnął mocniej jej rękę i puścił.
Uśmiechnęła
się małym uśmiechem, pozbawionym radości i wróciła do domu.
Debbie
podeszła do niego i chwyciła go ręką za łokieć, popychając go przez werandę i
po schodach na chodnik.
„Wszystko
dobrze?” - zapytał cicho.
„Nie”
- odpowiedziała szczerze.
„Prawda,
Słonko, mam na myśli to, że wszystko będzie dobrze?”
Spojrzała
na niego, westchnęła lekko i odpowiedziała - „Tak. Nic mi nie będzie”.
Mike
skinął głową, wiedząc jeszcze zanim zadał pytanie, że będzie. Debbie była taka.
Wiedział, że kochała swojego brata, ale była typem kobiety, która szybko sortowała
swoje gówno i szła dalej. Zrobiłaby to samo po stracie Darrina i nie
marnowałaby na to czasu.
Ruszył
ze swoją od dawna byłą dziewczyną do swojego SUV-a, gdy zapytał - „Jest jakiś
powód, dla którego Dusty nie pojawiła się na cmentarzu ani tutaj?” - Odwrócił
głowę, wskazując dom na farmie.
Debbie
patrzyła na niego, a on patrzył, jak jej twarz stała się twarda.
„Czy
jest jakiś powód, dla którego nie pojawiła się na nabożeństwie?”
niespodziewanie wróciła i kontynuowała - „Czy jest jakiś powód, dla którego tak
nas wkurzyła? Czy jest jakiś powód, dla którego Dusty coś robi?
Mike
zatrzymał ich przy swoim SUV’ie, odwracając się do niej i ściągnął brwi.
„Była
na nabożeństwie, Deb” – poinformował ją i zobaczył, jak jej brwi się zsunęły.
„Była?”
- zapytała, opuszczając rękę z jego łokcia.
Pokiwał
głową - „Stała z tyłu pod ścianą”.
Debbie
przyglądała mu się przez ułamek sekundy, zanim przewróciła oczami.
„Cała
Dusty” – stwierdziła - „Cichy bunt. Nic się nigdy nie zmieniła”.
To
się nie zgadzało. Stojąc z tyłu sali w domu pogrzebowym podczas nabożeństwa
żałobnego swojego brata, nie wyglądała na buntowniczkę. Wyglądała jak pewna
siebie kobieta, która wiedziała, kim jest, ale też cierpiała.
„Przeciwko
czemu się buntuje?” – zapytał Mike.
Głowa
Debbie przechyliła się z irytacją na bok – „Uch… wszystkiego?” - zapytała, kiedy
odpowiadała – „Ona jest Dusty, Mike. Wiesz, jaka ona jest. Jest wrzodem na
tyłku. Zawsze była, nawet zanim wszyscy to zobaczyli. Rhonda to cholerny
bałagan. Ci chłopcy są zdrętwiali. Mama i tata są bliscy utraty tego. A co robi
Dusty? Ja jestem setki mil stąd, tak jak ona, ale próbuję poradzić sobie z
Rhondą, Finem, Kirbym, zorganizować pogrzeb dla mojego cholernego brata, a ona
daje mi gówno. Nie potrzebowałam gówna. Potrzebowałam pomocy. Mam pracę, dom,
życie i miałam brata, którego musiałam złożyć w ziemi, a ona daje mi gówno. Ta
sama stara Dusty. To się nigdy nie zmieniło”.
Kiedyś
Mike nie rozumiał relacji między Debbie i Dusty. Podczas gdy wszyscy uwielbiali
Dusty, zanim się odwróciła, Debbie jej nie lubiła. Nieraz wyjaśniała, jak jej
młodsza siostra działa na jej nerwy, nie od czasu do czasu, często. Walczyły
cały czas.
Ale
nawet z wyjaśnieniami Debbie, Mike tego nie zrozumiał.
Na
początku myślał, że to dlatego, że Dusty często wpychała się między nich, kiedy
Mike był w ich domu, by być z Debbie. Musiał przyznać, że było to frustrujące,
biorąc pod uwagę fakt, że gdyby miał szansę, chciałby obmacywać Debbie, a nie
mógł tego zrobić z ożywioną dwunastolatką w pobliżu. O dziwo, z Dusty, będącą
Dusty, zawsze szybko przezwyciężał swoją frustrację i zaczął się z nią drażnić,
żeby się chichotała, wymieniając się dowcipami, czymś, w czym Dusty była
naprawdę dobra, i po prostu wygłupiać się. Debbie lubiła uwagę, a on pomyślał,
że nie lubiła, jak jej młodsza siostra przyciągała jego. Mike próbował to
powstrzymać, ale nie mógł. Dusty była taka atrakcyjna.
Później,
po tym, jak odebrał Debbie dziewictwo, ich związek wszedł w inną strefę i był
znacznie bardziej skłonny do delikatnego wyciągania Deb i siebie z towarzystwa
Dusty. Był nastolatkiem, więc miał lepsze rzeczy do roboty niż wygłupianie się
z trzynastoletnim dzieckiem.
Mimo
to stosunek Debbie do siostry nigdy się nie zmienił, więc wiedział, że to nie było
to.
Nigdy
tego nie rozumiał poza myślą, że kiedy Dusty się zmieniła, Debbie zawsze
widziała coś, czego inni nie widzieli, dopóki się to nie ukazało.
Tym
razem jednak się nie łączyło. Dusty stojąca na tyłach domu pogrzebowego nie była
tą, którą widział po raz ostatni dwadzieścia lat temu. A na jej twarzy nie było
gniewu, twardości.
Tylko
ból.
„Jeśli
ona byłaby tu, to by protestowała” – ciągnęła Debbie, wyrzucając rękę z
powrotem na dom - „Zostawiła mi, mamie i tacie, Rondzie, dzieciom zajęcie się
wszystkim, żeby mogła mieć swój mały dramat. Cóż, pieprzyć to. Mamy
wystarczająco dużo prawdziwych
dramatów do zniesienia. Może mieć swój wyimaginowany. Dusty zawsze była dobra w
życiu w wyimaginowanym świecie”.
Mike
chciał wiedzieć, przeciwko czemu protestowała Dusty. Chciał też wiedzieć, jakie
gówno dawała Debbie na temat pogrzebu. I chciał wiedzieć te dwie rzeczy
bardziej, niż było to zdrowe. Zrozumiał to natychmiast. I to go złościło.
Denerwowało
go również to, bo nie mógł zaprzeczyć, że Debbie miała rację. Dusty pojawiła
się na nabożeństwie, ale zniknęła, zanim w ogóle rozmawiała ze swoimi
zrozpaczonymi rodzicami, siostrą, szwagierką i siostrzeńcami. Nie raczyła
pojawić się przy grobie. A teraz, mieli dom pełen ludzi, co oznaczało, że za
kilka godzin będzie to dom pełen bałaganu, który trzeba będzie posprzątać, a jej
nigdzie nie było.
Dowody
sugerowały, że się nie zmieniła. Przeszła z hojnego, kochającego zabawę dziecka
w samolubną, ponurą nastolatkę, opuściła miasto w pierwszej chwili, kiedy tylko
mogła i trzymała się z daleka, jak tylko długo mogła. Jej brat nie żył, jego
rodzina, która była jej rodziną, cierpiała, a ona była nieobecna.
„Przykro
mi, Słonko” – mruknął – „Nie powinienem o tym wspominać”.
Jej
uśmiech był mały, ale szczery, kiedy szepnęła - „Jeśli byś tego nie zrobił, nie
mogłabym się o tym zrzędzić. Więc… dziękuję”.
„Wiesz,
gdzie mieszkam” – powiedział jej - „Tak długo, jak tu jesteś, musisz pozrzędzić
sobie lub cokolwiek, znajdź mnie”.
Przechyliła
głowę na bok i przyjrzała mu się ponownie, zanim powiedziała cicho - „I ty też
się nie zmieniłeś. Kobieta spotyka w swoim życiu wielu mężczyzn. Wszystkie mają
typy, więc wszystkie mają tytuły. Do bani, że kiedy byłam zbyt młody, żeby to pojąć,
poznałam Dobrego Chłopaka”.
Nie
wiedział, czy słyszał żal w jej głosie, czy nie. Musiał też to zamknąć.
Lubił
Debbie w liceum. Ale z jej dopasowanym, drogim garniturem, pełnymi,
niestylowymi czółenkami na niskim obcasie, minimalnie umalowaną twarzą, krótko
obciętymi włosami, co oznaczało, że nie musiała marnować cennego czasu, aby je układać,
czasu, w którym mogła użyć do zarabiania pieniędzy i rozbijania jaj jako
adwokat, nie była w jego stylu.
Nie
mógł powiedzieć, że nie była atrakcyjna.
Mógł
powiedzieć, że z powodów, których nie rozumiał i nie chciał rozumieć, robiła
wszystko, by to ukryć.
Nauczył
się zwracać uwagę, czytać znaki, usuwać ze swojej drogi czerwone flagi i iść
dalej. Nauczył się na własnej skórze. Dwa razy. Nie zamierzał przechodzić przez
to ponownie.
„Dzięki,
kochanie” – mruknął, pochylił się, musnął ustami jej policzek, po czym się
wyprostował. Nawet gdy cofnął się o kilka cali, uniósł rękę, by ścisnąć jej
ramię, po czym kontynuował mamrotaniem - „Uważaj na siebie”.
Debbie
Holliday nie była głupia. Zarejestrowała odrzucenie, a on zarejestrował, kiedy
to zrobiła. Oznaczało to, że jej wcześniejszy komentarz zawierał żal. Miała
nadzieję na pojednanie. Wiedział, że nie prawdziwy. Nie, chciała przypomnieć,
że żyła. Chciała uczestniczyć w dobrych częściach życia. Pragnęła znajomości i
nostalgii. Chciała, żeby jej były chłopak z liceum odpieprzył z nią ból po
stracie brata.
A
Mike nie miał zamiaru tego robić. Miał dobrą pamięć i to on zainicjował ją w
kochaniu się. Miał przed nią jedną dziewczynę, więc nie był ekspertem. Mimo to,
gdy ich nastoletnie życie seksualne trwało, wykorzystywał ją do uczenia się,
jak dawać i brać. Wykorzystała go, by nauczyć się, jak zdobyć wszystko, co
mogła. Ona lubiła eksperymentować. Ale w końcu była samolubną skurwielką. Takie
myślenie nie było miłe, ale to prawda. I wszystko, co o niej wiedział,
krzyczało, że się nie zmieniła.
Nie
potrzebował tego gówna.
Puścił
jej ramię, kiwnął brodą, otworzył drzwi od strony kierowcy do swojego SUV-a i
wsiadł. Włączył zapłon i wyjechał, mijając dziesiątki samochodów przy ich alei,
czując, że widział Debbie stojącą w czarnym garniturze na odśnieżonym chodniku,
obserwującą go.
I
pojechał.
Jazda
do jego domu w mieście, który znajdował się tuż obok farmy Holliday’ów, trwała
najwyżej pięć minut. A to dlatego, że musiał podjechać do wjazdu na osiedle i
poruszać się po ulicach, aby dostać się na swoje miejsce. Gdyby mógł przejechać
swoim 4x4 przez pole oddzielające jego dom od farmy, zajęłoby to około
dwudziestu sekund.
Ale
nie pojechał do swojego domu. Jego dzieci były z jego byłą żoną, Audrey, na
weekend.
I
istniała możliwość, że Dusty Holliday była w mieście. Jej brat nie żyje,
siostra przyjechała z DC, jej rodzice z Florydy. A ona się cicho wkurzała,
zamiast być z rodziną i pomagać im w radzeniu sobie.
I
to go wkurzało. Za bardzo. Bardziej niż było racjonalne. Ale go to, kurwa, nie
obchodziło. Znał jej brata, odkąd pamiętał. Również chodził do kościoła z jej
rodziną. Odebrał dziewictwo jej siostrze. Poświęcił jej swój czas i uwagę. A
półtorej godziny temu stał przy grobie jej brata, patrząc, jak jego ciało opadało
do ziemi.
Ktoś
musiał wyciągnąć głowę Dusty Holliday z jej tyłka i mając Darrina – rok
starszego od Mike’a – pod świeżą ziemią, Mike zdecydował, że to będzie on.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję za rozdział :)
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń