Zdmuchnięcie (cz.1)
Wtorek rano…
Beau LeBrec pojechał swoim
pickupem polną drogą do domu Dusty.
Miejsca, które kiedyś było
jego miejscem.
Widział dom w stylu rancza,
małą dwustanowiskową stodołę, w której trzymała swoje dwa konie i szopę tej
samej wielkości, w której wyrabiała ceramikę i trzymała swoje piece. I to było
wszystko, co mógł zobaczyć. To dlatego, że jego kobieta posiadała dwadzieścia
akrów wciśniętych między dwa ogromne rancza, więc reszta tego, co mógł
zobaczyć, była tylko ziemią.
Nie
miał pojęcia, dlaczego potrzebowała tej ziemi. Nie dbała o nią. Płaciła za to kilku
Meksykanom. Powiedziała mu, że jej konie potrzebują miejsca do wędrowania, a on
uznał, że to prawda, ponieważ jej tyłek był w siodle każdego dnia. Mówiła, że
to był jej trening.
Dlaczego
potrzebowała jeszcze jednego ruchu, też nie miał pojęcia. Uprawiała jogę i
pilates, jeździła do miasta na zajęcia dwa razy w tygodniu i miała mnóstwo
sprzętu w domu w jednej ze swoich trzech sypialni. Chodziła też na jakąś
szaloną klasę, którą nazwała „obozem treningowym”. Wracała z niej z czerwoną
twarzą i spocona, ale szczerząca się jak idiotka, a potem sarkająca przez cały
następny dzień, że bolą ją mięśnie. Chociaż, kiedy sarkała, robiła to
uśmiechając się, to była dobra rzecz.
Zrobiła
to gówno z Jerrą, jej partnerką w zbrodni. Mówiła, że robiła to, żeby mogła
jeść i pić, co tylko chciała. I, kurwa, wiedział to, Dusty Holliday jadła i
piła, co chciała. To dlatego, nawet tak zajęta jak zawsze, na zajęciach, z
końmi, na koniach, kopaniem we wszystkich doniczkach (może nie dbała o swoją
ziemię, ale lubiła przebywać na zewnątrz z kwiatami) i pracując w szopie, nigdy
nie była w stanie wypracować tych dodatkowych dziesięciu kilogramów, które
nosiła. Powtarzał jej, żeby zrezygnowała z tequili i czekolady. Na początku
tylko się do niego uśmiechała. Później jej oczy przecinały się na niego i
kazała mu się pieprzyć.
Nie
miło.
Zaparkował
i wysiadł, słysząc jej muzykę dobiegającą z szopy. To nie znaczyło, że tam
pracowała. Wchodziła do domu i zostawiała muzykę rozbrzmiewającą w szopie.
Znowu nie miał pojęcia, jak mogła tworzyć kawałki, które tworzyła z wybuchami
rocka i country wokół niej. Nie był w tym gównie, ale nawet on widział, że
ceramika Dusty była pieprzoną bombą. Z drugiej strony było to widoczne to z
metkami, które na nie nakładała. Ale takie piękno, pomyślał, nie zostało
zainspirowane rock’n’rollem i country.
Zaczął
od domu i gdy tylko wszedł, wiedział, że Yolanda była tam niedawno. Dusty miała
w dupie stan, w jakim utrzymywała swój dom i to, jak dbała o swoje rzeczy. Nigdy
nie spotkał kobiety, która robiłaby taki bałagan i miała to w dupie. Jedynym, o
co dbała, był stan kuchni. Kiedy gotowała, robiła okropny bałagan i mogła
zostawić ten bałagan na noc, ale następnego dnia posprzątała go z samego rana.
I zawsze ujeżdżała jego tyłek, żeby włożył naczynia do zmywarki i wytarł blaty.
Nie
pojmował tego. Gdyby Yolanda nie przychodziła raz w tygodniu, żeby sprzątać i
robić pranie, ich sypialnia byłaby po kolana w ubraniach i butach, a ona
poszłaby kupić bieliznę, zanim zrobiłaby pranie. Ale dostałaby szału, gdyby
zrobił kanapkę i zostawił okruszki na blacie.
To
gówno pieprzyło mu w głowie, kiedy z nią mieszkał, nawet wtedy, gdy mieszkał z
nią, gdy mógł ją pieprzyć. Można powiedzieć, że Beau miał więcej kobiet niż mu
się należało i bez wątpienia Dusty była najlepszą, jaką kiedykolwiek miał. Żadna
inna nawet nie była blisko. Odkąd postradała zmysły i wykopała jego tyłek,
przemyślał to i zdecydował, że jego kobieta jest skomplikowana i może z tym
żyć.
To,
czego nie mógł znieść, to to, że zadzwonił do niej, kiedy była w domu w
Indianie, jakiś facet odebrał telefon o szóstej rano, a potem przyszedł do
niego Hunter, który powiedział mu, żeby się z tym pogodził i poszedł w cholerę
dalej.
Nie.
Kurewsko
nie.
Nie
potrzebował Huntera Rivery w ich biznesie. I tak nigdy nie lubił tego faceta,
głównie dlatego, że Hunter uważał Beau za palanta i nie ukrywał tego, więc nie
potrzebował Huntera w swoim biznesie. I nie potrzebował, żeby jego kobieta
grała w gry serca z jakimś facetem bez twarzy w jej rodzinnym mieście.
I
musiała to wiedzieć.
Skończył
z tą separacją.
Ona
to też musiała wiedzieć.
Przeszedł
przez duży salon do ogromnej kuchni, w której go karmiła. Wciąż słyszał muzykę,
ale teraz widział przez mnóstwo ogromnych okien widokowych, że Dusty siedziała
w szopie za kołem garncarskim.
Już
miał wyjść tylnymi drzwiami, kiedy usłyszał dźwięk jej komórki.
Spojrzał
na blat, po czym podszedł do niej i podniósł ją. Na wyświetlaczu widniała
grafika przedstawiająca dzwoniący telefon, a pod spodem widniał napis: dzwoni Mike.
Beau
wpatrywał się w telefon.
Pieprzyć
go.
Pieprzyć go.
Mike.
Jezu, kurwa. Mike.
Właśnie
była z powrotem w miasteczku, a Beau wiedział wszystko o Mike’u z miasteczka.
Nie tylko Dusty wspomniała o nim więcej niż raz miękkim głosem, kiedy jej oczy
były ciepłe i słodkie od wspomnień, ale jej pieprzony brat też o nim wspomniał.
Często.
Jezus.
Kurwa. Spotykała się z pieprzonym Mikiem z miasteczka.
Ręka
Beau zacisnęła się na telefonie i poczekał, aż przestał dzwonić. Dźgnął palcem
po ekranie, aby przejść do jej ostatnich połączeń, kiedy usłyszał dźwięk
telefonu w dłoni, informujący, że Mike zostawił wiadomość głosową. Zobaczył, że
lista ostatnich pokazuje, że to była druga rozmowa od Mike’a.
Pieprzyć
go.
Podszedł
do jej poczty głosowej i wcisnął dzwoń,
po czym przyłożył telefon do ucha.
Usłyszał,
jak mężczyzna mówił łagodnym, głębokim głosem - „Hej, Aniołku. Mam chwilę, żeby
porozmawiać. Jak jesteś w pobliżu, oddzwoń. Nie jesteś i będzie później, mimo
to oddzwoń. Później Słonko”.
Aniołek.
Słonko.
Pieprzyć
go.
Beau
wykasował pocztę głosową i schował jej telefon do tylnej kieszeni.
Potem
przeszedł przez kuchnię, tylnymi drzwiami do szopy.
Dwadzieścia
minut później siedział już w pickupie, gdy za nim jechał radiowóz, z oczami
skierowanymi w lusterko wsteczne i widział Huntera Riverę z rękami na biodrach,
stojącego na zewnątrz szopy obok Dusty, która miała skrzyżowane ręce na piersi.
Oboje patrzyli, jak odjeżdżał.
Usta
miał zaciśnięte, oczy skierowały się na drogę, a potem z powrotem na lusterko
wsteczne, by przyjrzeć się radiowozowi.
Jego
oficjalna eskorta z posiadłości Dusty Holliday.
Pieprzyć
go.
*****
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDzieje się:) Dziękuję:*
OdpowiedzUsuńDziękuję za rozdział :)
OdpowiedzUsuńOby tylko Beau nie zrobił jej krzywdy
OdpowiedzUsuń