sobota, 12 listopada 2022

4 - Zdmuchnięcie (cz.1)

 

 Rozdział 4

Zdmuchnięcie (cz.1)

 

 

 

Wtorek rano…

Beau LeBrec pojechał swoim pickupem polną drogą do domu Dusty.

Miejsca, które kiedyś było jego miejscem.

Widział dom w stylu rancza, małą dwustanowiskową stodołę, w której trzymała swoje dwa konie i szopę tej samej wielkości, w której wyrabiała ceramikę i trzymała swoje piece. I to było wszystko, co mógł zobaczyć. To dlatego, że jego kobieta posiadała dwadzieścia akrów wciśniętych między dwa ogromne rancza, więc reszta tego, co mógł zobaczyć, była tylko ziemią.

Nie miał pojęcia, dlaczego potrzebowała tej ziemi. Nie dbała o nią. Płaciła za to kilku Meksykanom. Powiedziała mu, że jej konie potrzebują miejsca do wędrowania, a on uznał, że to prawda, ponieważ jej tyłek był w siodle każdego dnia. Mówiła, że to był jej trening.

Dlaczego potrzebowała jeszcze jednego ruchu, też nie miał pojęcia. Uprawiała jogę i pilates, jeździła do miasta na zajęcia dwa razy w tygodniu i miała mnóstwo sprzętu w domu w jednej ze swoich trzech sypialni. Chodziła też na jakąś szaloną klasę, którą nazwała „obozem treningowym”. Wracała z niej z czerwoną twarzą i spocona, ale szczerząca się jak idiotka, a potem sarkająca przez cały następny dzień, że bolą ją mięśnie. Chociaż, kiedy sarkała, robiła to uśmiechając się, to była dobra rzecz.

Zrobiła to gówno z Jerrą, jej partnerką w zbrodni. Mówiła, że robiła to, żeby mogła jeść i pić, co tylko chciała. I, kurwa, wiedział to, Dusty Holliday jadła i piła, co chciała. To dlatego, nawet tak zajęta jak zawsze, na zajęciach, z końmi, na koniach, kopaniem we wszystkich doniczkach (może nie dbała o swoją ziemię, ale lubiła przebywać na zewnątrz z kwiatami) i pracując w szopie, nigdy nie była w stanie wypracować tych dodatkowych dziesięciu kilogramów, które nosiła. Powtarzał jej, żeby zrezygnowała z tequili i czekolady. Na początku tylko się do niego uśmiechała. Później jej oczy przecinały się na niego i kazała mu się pieprzyć.

Nie miło.

Zaparkował i wysiadł, słysząc jej muzykę dobiegającą z szopy. To nie znaczyło, że tam pracowała. Wchodziła do domu i zostawiała muzykę rozbrzmiewającą w szopie. Znowu nie miał pojęcia, jak mogła tworzyć kawałki, które tworzyła z wybuchami rocka i country wokół niej. Nie był w tym gównie, ale nawet on widział, że ceramika Dusty była pieprzoną bombą. Z drugiej strony było to widoczne to z metkami, które na nie nakładała. Ale takie piękno, pomyślał, nie zostało zainspirowane rock’n’rollem i country.

Zaczął od domu i gdy tylko wszedł, wiedział, że Yolanda była tam niedawno. Dusty miała w dupie stan, w jakim utrzymywała swój dom i to, jak dbała o swoje rzeczy. Nigdy nie spotkał kobiety, która robiłaby taki bałagan i miała to w dupie. Jedynym, o co dbała, był stan kuchni. Kiedy gotowała, robiła okropny bałagan i mogła zostawić ten bałagan na noc, ale następnego dnia posprzątała go z samego rana. I zawsze ujeżdżała jego tyłek, żeby włożył naczynia do zmywarki i wytarł blaty.

Nie pojmował tego. Gdyby Yolanda nie przychodziła raz w tygodniu, żeby sprzątać i robić pranie, ich sypialnia byłaby po kolana w ubraniach i butach, a ona poszłaby kupić bieliznę, zanim zrobiłaby pranie. Ale dostałaby szału, gdyby zrobił kanapkę i zostawił okruszki na blacie.

To gówno pieprzyło mu w głowie, kiedy z nią mieszkał, nawet wtedy, gdy mieszkał z nią, gdy mógł ją pieprzyć. Można powiedzieć, że Beau miał więcej kobiet niż mu się należało i bez wątpienia Dusty była najlepszą, jaką kiedykolwiek miał. Żadna inna nawet nie była blisko. Odkąd postradała zmysły i wykopała jego tyłek, przemyślał to i zdecydował, że jego kobieta jest skomplikowana i może z tym żyć.

To, czego nie mógł znieść, to to, że zadzwonił do niej, kiedy była w domu w Indianie, jakiś facet odebrał telefon o szóstej rano, a potem przyszedł do niego Hunter, który powiedział mu, żeby się z tym pogodził i poszedł w cholerę dalej.

Nie.

Kurewsko nie.

Nie potrzebował Huntera Rivery w ich biznesie. I tak nigdy nie lubił tego faceta, głównie dlatego, że Hunter uważał Beau za palanta i nie ukrywał tego, więc nie potrzebował Huntera w swoim biznesie. I nie potrzebował, żeby jego kobieta grała w gry serca z jakimś facetem bez twarzy w jej rodzinnym mieście.

I musiała to wiedzieć.

Skończył z tą separacją.

Ona to też musiała wiedzieć.

Przeszedł przez duży salon do ogromnej kuchni, w której go karmiła. Wciąż słyszał muzykę, ale teraz widział przez mnóstwo ogromnych okien widokowych, że Dusty siedziała w szopie za kołem garncarskim.

Już miał wyjść tylnymi drzwiami, kiedy usłyszał dźwięk jej komórki.

Spojrzał na blat, po czym podszedł do niej i podniósł ją. Na wyświetlaczu widniała grafika przedstawiająca dzwoniący telefon, a pod spodem widniał napis: dzwoni Mike.

Beau wpatrywał się w telefon.

Pieprzyć go.

Pieprzyć go.

Mike. Jezu, kurwa. Mike.

Właśnie była z powrotem w miasteczku, a Beau wiedział wszystko o Mike’u z miasteczka. Nie tylko Dusty wspomniała o nim więcej niż raz miękkim głosem, kiedy jej oczy były ciepłe i słodkie od wspomnień, ale jej pieprzony brat też o nim wspomniał. Często.

Jezus. Kurwa. Spotykała się z pieprzonym Mikiem z miasteczka.

Ręka Beau zacisnęła się na telefonie i poczekał, aż przestał dzwonić. Dźgnął palcem po ekranie, aby przejść do jej ostatnich połączeń, kiedy usłyszał dźwięk telefonu w dłoni, informujący, że Mike zostawił wiadomość głosową. Zobaczył, że lista ostatnich pokazuje, że to była druga rozmowa od Mike’a.

Pieprzyć go.

Podszedł do jej poczty głosowej i wcisnął dzwoń, po czym przyłożył telefon do ucha.

Usłyszał, jak mężczyzna mówił łagodnym, głębokim głosem - „Hej, Aniołku. Mam chwilę, żeby porozmawiać. Jak jesteś w pobliżu, oddzwoń. Nie jesteś i będzie później, mimo to oddzwoń. Później Słonko”.

Aniołek.

Słonko.

Pieprzyć go.

Beau wykasował pocztę głosową i schował jej telefon do tylnej kieszeni.

Potem przeszedł przez kuchnię, tylnymi drzwiami do szopy.

Dwadzieścia minut później siedział już w pickupie, gdy za nim jechał radiowóz, z oczami skierowanymi w lusterko wsteczne i widział Huntera Riverę z rękami na biodrach, stojącego na zewnątrz szopy obok Dusty, która miała skrzyżowane ręce na piersi. Oboje patrzyli, jak odjeżdżał.

Usta miał zaciśnięte, oczy skierowały się na drogę, a potem z powrotem na lusterko wsteczne, by przyjrzeć się radiowozowi.

Jego oficjalna eskorta z posiadłości Dusty Holliday.

Pieprzyć go.

*****

 będzie więcej...

5 komentarzy: